Wychowywanie dziecka między światami to jedno z największych wyzwań emigracyjnego rodzicielstwa. Procesu tego nie ułatwia fakt, że czasami sami już nie wiemy, które z tych środowisk jest nam bliższe. Z jednej strony chcemy, by nasze dzieci mocno zakorzeniły się w kraju, w którym dorastają – by czuły się w nim pewnie, bezpiecznie i „u siebie”. Pamiętając własne trudności, naturalnie pragniemy oszczędzić innym tego, co dla nas było tak wymagające. Z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, że kultura większościowa z ogromną siłą wkracza do naszych domów, zajmując przestrzeń tak bliskiej naszym sercom polskości. Czy rodzicielstwo na emigracji zawsze musi być naznaczone takimi dylematami?
Zastanawiając się, jak wychowywać dzieci tak, by nie czuły się wewnętrznie podzielone, najchętniej wsłuchuję się w głos tych, którzy wydają się najlepszymi znawcami tematu – polonijnych nastolatków. To właśnie oni na moje dorosłe, często zbyt skomplikowane rozważania potrafią odpowiedzieć z prostotą i mądrością: „A może wcale nie trzeba wybierać?”. Może nie chodzi o to, by jeden świat zwyciężył kosztem drugiego, lecz by nauczyć się je harmonijnie ze sobą splatać? Nie po to, by żyć w rozdarciu między „tu” i „tam”, ale by móc budować swoją tożsamość z obu tych rzeczywistości jednocześnie.
Taka harmonia rodzi się wtedy, gdy język kraju zamieszkania daje dziecku pewność, swobodę i poczucie zakorzenienia w codzienności, a polski pozostaje językiem …




