Tożsamość wydaje się czymś oczywistym. Każdy z nas nosi jakąś historię. Powtarzamy ją przez lata w rozmowach, decyzjach, w sposobie w jaki patrzymy na siebie i innych. Zatapiamy się w tym, co znane. Ile mamy wspomnień zbudowanych na jednej fotografii z dzieciństwa? Zapamiętany obraz, historia, którą ktoś opowiedział nam o tamtym dniu. Przyklejamy tę historię jako własną. Czyjaś interpretacja, emocja, która zapisała się jako nasza. Słyszysz to? Pamiętasz tamten dzień, kiedy weszłaś na drzewo, bo chciałaś dogonić ptaki? A jeśli chciałaś wtedy dogonić chmury tylko nikomu o tym nie powiedziałaś? Czy to by coś zmieniło? Wpłynęło na twoje tu i teraz?
Ile historii usłyszałaś na swój temat? Nadawano ci cechy charakteru, nazywano twoje uczucia. Opowieść stała się jak warstwa przyklejonej skóry. Kto nazywał twoją wrażliwość nieśmiałością? Lęk przed egzaminem – lenistwem? Skakanie po kałużach brakiem powagi?
Kiedy w szkole Tippinga uczyłam się prowadzenia ludzi przez sesje radykalnego wybaczania, musiałam wziąć na tapet którąś z moich osobistych historii. Wybrałam tę z babcią. Wydawała się przyjemna a jednak przyszła w najmniej oczekiwanych okolicznościach.
Babcia? Tu nie ma niczego, co by było dla mnie trudne. Bunt, tupanie nogą, ironiczne podejrzenia, że idziemy nie w tym kierunku…




