– Skąd jesteś? – Pytanie pada z ust taksówkarza na lotnisku w Belfaście. Mieszkam tu od ponad dwudziestu lat, moje dzieci mówią bez akcentu, a ja sama łapię się na tym, że czasem myślę po angielsku. A jednak to pytanie na chwilę zawiesza mnie gdzieś pośrodku.
Halinka przyjechała z miłości. Poznała męża w NRD w 1986 roku. Ona – studentka z Polski, on – Irlandczyk z Belfastu. Potem były listy (bo komórek jeszcze nie wynaleziono), dwie wizyty Briana w Polsce i wreszcie ślub w dzień Świętego Patryka w 1989 roku. Później przeprowadzka do miasta, o którym wcześniej wiedziała tyle, ile przeczytała z gazet. Dziś mieszka tu od 37 lat.
Paulina przyjechała za mężem. On chciał dać rodzinie lepsze życie, ona spakowała dzieci i ruszyła za nim w nieznane. Gosia wsiadła w samolot z dwójką nastolatków, walizkami, bez znajomości języka, ale z nadzieją, że jakoś to będzie. Feras uciekał przed wojną w Syrii. Vadim, który przyjechał dwa lata temu jako uchodźca z mamą, Nadiją, teraz kończy szkołę średnią i zamierza studiować w Cambridge.
Każda historia jest inna, ale większość łączy jedno: długoletnimi emigrantami staliśmy się z przypadku.
Przyjeżdżaliśmy na rok, dwa. Mieliśmy dorobić się, odłożyć, wrócić. Wybudować dom w Polsce. Po kilku latach jednak znaleźliśmy miłość, na świat przyszły dzieci, kupiliśmy dom tutaj, nawiązaliśmy przyjaźnie – i zamiast, zgodnie z planem, opuścić tymczasową bazę, zaczęliśmy kłaść podwaliny pod coś stałego.
Jest takie angielskie powiedzenie: When is a house a home? – Kiedy dom staje się Domem? Kiedy miejsce, w którym przebywamy, przekształca się w …




