Ból w klatce piersiowej połączony z żalem i smutkiem. Gdzieś w środku pełnego, pięknego kryształu powstało pęknięcie. Mała szczelina, niewidoczna ludzkim okiem. Odczuwalna dla ludzkiego Ja. Ranka jest maleńka, niewidoczna, ale szczypie i uwiera przy każdym połączeniu z wodą. Szczelina, która rani jak drzazga. Boli przy dotyku, jak przecięty papierem opuszek palca. Długo zajmuje, by się zagoiła.
By kryształ w moim centrum zespolił się w jedność, całość i stał się pełnią, bo rozdarte serce samo na nowo się nie pozszywa, potrzebna jest głęboka praca rozpoznawcza. Zatrzymanie. Popatrzenie otwartymi do wewnątrz oczami, w uważności. Spojrzenie na to zjawisko. Odczucie tego w pełni, głęboko. Stanięcie w prawdzie przed samą sobą. Zobaczyć tę stratę, tę ranę i uznać ją na głos. Usłyszeć. Co straciłam najcenniej- szego? Co zostało świadomie lub nieświadomie odebrane? Zbezczeszczone, zdeptane?
Tak, widzę i czuję to. Pozwalam temu być. Pozwalam memu ciału, by wróciło do tej pierwszej zdrady. Do tego pierwszego momentu zdrady. Pozwalam sobie zobaczyć, jak i kiedy ta szczelina powstała. Odkrywam karty przeszłości.
Widzę tą małą i jej popękane na kawałki serce. Roztrzaskane. Piekące z bólu. Strach, samotność, brak zrozumienia. Brak przestrzeni na zrozumienie dziecka. Gdy nie ma empatycznego świadka, który jest w takim przypadku potrzebny. Opiekuna, który będzie przy Tobie. Przytuli, uzna krzywdę, zrozumie. Bez uspokajania czy wyciszania. Po prostu będzie obok, trwał.
Widzę ten moment. Widzę, gdy ta pierwsza zdrada ojca rozrywa małe serce. Kiedy ta pierwsza miłość do opiekuna, czysta, pełna zaufania i światłości, zostaje zbezczeszczona, zaniedbana, zbagatelizowana. Nieuszanowana. Widzę to, czuję to w ciele. Znam to uczucie. Ciało się broni, zamraża, ucieka. Umysł racjonalizuje i szuka wyjaśnienia. Ucieka. Jednak jestem już gotowa, by z tym pracować. Teraz stanę do tego.
Wcześniej mała Dagusia wyparła tę ranę, zamroziła ją, bo ból był nie do zniesienia, a istota ludzka chciała żyć. Poradziła sobie tak, jak umiała. Mała dziewczynka wzięła kryształ w dłonie i zakleiła plasterkiem. Potem zawinęła w plastikową folię, by nie było czucia. Schowała kryształ na dnie serca. Przykryła liśćmi, trawą i mchem. Serce, które było rozdarte, powolutku się zrastało, bo serce ma taką zdolność. Serce się zrastało, ale blizny pozostały. Tak sobie dziecko poradziło ze zdradą. Zapominając i wypierając. Odcinając połączenie z duszą.
Teraz nadszedł czas, by zaopiekować się tym zranieniem. By w mocy i pełni potencjału stanąć do tego. By zobaczyć brak zaufania i bezpieczeństwa. By w zaopiekowaniu pozwolić ciału to poczuć i zrozumieć. Czas na to, by z tym pobyć w szczerości, opłakać to w środku i na zewnątrz. Pozwolić, by blizny na sercu się wygładziły. Wyjąć kryształ z serca, zdjąć z niego folię i dać dostęp do słońca i powietrza. Dać czasowi czas na …

