To nie jest historia o miejscu, wakacjach ani o samolotach. To nie jest też historia o hotelach i drogich restauracjach. To historia o oswajaniu swoich lęków, robieniu nowych rzeczy, chwilach samotności, o braku i obfitości, o zaufaniu i drodze. To historia o podróży, której na imię strach. I o pokonywaniu swoich iluzji.
To jest historia o lęku, trikach umysłu i o pokonywaniu oporów. W końcu: o zmianie.
Jak mówił Kapuściński:
„Strach: zaborcze, żarłoczne zwierzę, które w nas siedzi. Nie daje o sobie zapomnieć. Ciągle nas obezwładnia i torturuje…”.
Będzie cię blokował i mówił że umrzesz jak zrobisz to czy tamto. Właściwie będzie mówił ci to umysł w stagnacji, umysł, który w swej strefie komfortu zagnieździł się na dobre. Mimo że w strefie komfortu wcale nie jest komfortowo, prawda?
Ale ty wstań i walcz! Bój się i zrób dokładnie to czego się boisz… Bój się i zrób. Będzie ci bardzo ciężko. Może nawet fizycznie niedobrze. Może pojawi się płacz. Idź i zrób to. Po tej drugiej stronie, zaraz za zakrętem, tuż za nim – wszystko zniknie. Zniknie.
Początek
Boże… Jak ja się bałam… Nawet nie wiesz jak bardzo. „Umrzesz” – mówił mój umysł. Powtarzał to w kółko i w kółko, a ja byłam na cienkiej linii pomiędzy „uwierzyć” a „nie uwierzyć”.
Bilety miałam kupione, siedziałam u mojej kochanej Magdy P.-O. i się zastanawiałam: „Może nie polecę?”
„Spóźnię się na samolot. To nie polecę”. „Może jakiś wulkan albo gejzer wybuchnie – wymówka jak malowana”. Ale nic nie wybuchło.
„Muszę lecieć” – pomyślałam…




