List do Polek w Irlandii

fot. Debby Hudson / unsplash.com

3 grudnia 2025, Lewes

Drogie Polki w Irlandii,

piszę do Was z wdzięcznością i podziękowaniami za piękną nagrodę, którą przyznałyście mi na I Sympozjum Polek, Kobiet mieszkających Irlandii, ale przede wszystkim za wspólnotę kobiecego doświadczenia. Wierzę, że nasze historie tworzą przestrzeń wolności. Dlatego dzielę się swoją drogą, bo może któraś z Was w tym się odnajdzie.

Urodziłam się w małej wsi położonej przy ­gierkówce, na skraju Jury. Na zdjęciu z przedszkola mam brudne ręce i paznokcie, bo od najmłodszych lat pomagam w gospodarstwie: plewię grządki, zbieram stonkę do wiadra, karmię króliki. Mama wozi mnie do lekarzy okazją. Jedziemy do kliniki kardiologicznej w Zabrzu. Nie pamiętam, co mi jest, ale lubię iść z nią na autostradę, jechać tirem i oglądać kołyszące się proporczyki. Po badaniach, w trakcie których oplatają mnie kolorowymi kablami, okazuje się, że nie mam wady serca, ale coś jest na rzeczy. Może nerwica? Mama poi mnie kroplami kardiamidu, bo wpadam w szał, mam ataki paniki.
Coś zaczęło się we mnie zmieniać dopiero w ogólniaku. Wtedy powoli zaczęłam mówić własnym głosem. Egzamin wstępny do tej szkoły był trudny. Na ponad dwadzieścia pięć dziewczyn, dostało się tylko trzech chłopaków. Nie chodziło o to, że chłopcy gorzej się uczyli. Większość z mojego regionu musiała wybrać szkoły zawodowe i technikum, by szybko zdobyć pracę i pomóc rodzinie. W gronie dziewczyn poczułam się pewniej, łatwiej było wypowiadać się bez ryzyka, że ktoś wyśmieje, dokuczy, jak robili nam w podstawówce chłopcy. Patronką mojego liceum była ­Maria Skłodowska-Curie. Co roku musiałyśmy przygotowywać przedstawienie, wystawiane pod cokołem z jej ­popiersiem.

Chyba ze względu na podobieństwo fizyczne dostałam główną rolę i – chcąc nie chcąc – utożsamiłam się z Marią, a kiedy czytałam jej wspomnienia, nabrałam odwagi. Stojąc przed publicznością w sali gimnastycznej, powtarzałam jej słowa i chyba tak nimi nasiąkłam, że postanowiłam się zgłosić do samorządu klasowego. Urządziliśmy w klasie głosowanie, wrzucając karteczki do słoika po ogórkach. Przegrałam z wygadanym chłopakiem i zostałam jego zastępczynią, jednak wtedy też na niewiele spraw miałam wpływ. Wychowawczyni zlecała mi organizowanie poczęstunków na różne okazje, robienie wystaw w …

Aby przeczytać ten artykuł w całości, skorzystaj z naszej oferty.

Portrety Emigracji Nr 2(3)

Ten artykuł został wydany w kwartalniku Portrety Emigracji Nr 2(3)

Zapraszamy do zakupu całego wydania.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry